Witam wszystkich i jako uczestnik tego "dziwnego" maratonu pozwolę sobie na przedstawienie mojego punktu widzenie. Cóż...
Rejestracja w biurze zawodów. Stanąłem w kolejce do pierwszego pana z lewej i po odstaniu swego dowiedziałem się, że trzeba uiścić opłatę u pana z prawej, w głębi. OK, stanąłem w kolejce do pana z prawej, karteczkę otrzymałem i zasuwam do pana z lewej. Odstałem swoje i pan ów tnąc zawzięcie czarny sznurek na mniejsze kawałeczki mówi, iż rejestruje tylko drużyny. OK, stanąłem w drugiej kolejce, odstałem i dowiaduję się, że koleś z prawej rejestruje tylko MINI. Cóż... więcej możliwości nie było - udało się z panią w środku

Po wpisaniu danych zostałem uraczony kompletem sznureczków (nie mylić z nieekologicznymi opaskami montażowymi). Pytam o agrafki, bo wszak zgodnie z którymś tam punktem regulaminu, numer z tyłu na plecach przyczepiony być powinien. Pani na to - agrafki się skończyły. Próbowałem jeszcze coś powiedzieć, ale Szanowna Pani z iskierkami w oczach wymieniała szczere uśmiechy z kolegą po prawej (ten od MINI) wyrażając radość bezgraniczną z powodu zdobycia puszki darmowego RedBulla

. OK, rad nie rad, łamiąc punkt regulaminu wyruszyłem jako uczestnik maratonu.
Parada ulicami miasta (z pewnością miało to być coś w rodzaju reklamy). Na ul.27 Lipca użytkownicy drogi byli na pewno bardzo zdziwieni, że pokonywaliśmy rondo zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Chyba trzeba mówić o szczęściu, że nikt nikogo nie trzepnął (poza zarysowanym 126p).
Jesteśmy w lesie. Ktoś, kto oznaczał trasę musiał być na niezłym "cyku"

Kolega wyprzedzał mnie trzy razy i gdy ja miałem 52 km. przejechane, on miał już 68

Jeździliśmy sobie dróżkami różnymi szukając śladów rowerowych opon. Chyba, że tropienie było w programie zawodów.
Ogrodniczki (chyba tak to się nazywa). Trasa wytyczona bardzo ładnie. Podjazdy, podłoże, widoki... I wszystko by było OK, gdyby nie trzeba było się ścigać z zawziętymi właścicielami quadów, którzy sobie upodobali część naszego toru.
Bufet przy jeziorku. Wreszcie.... Po tylu kilometrach - pić, pić, pić... A tu - lipa. Wody zabrakło. Ale za to mogę wziąć dwa kawałki ciasta. Kutwa - po ch. mi ciasto?! Po tylu kilometrach chyba każdemu chce się PIĆ, a nie ciasta. Szkoda, że kawy nie było. Na ciekawy pomysł wpadli dwaj rowerzyści zza wschodniej granicy. Nie czekając długo, wyjęli bidony i zanurzyli w źródlanej zapewne wodzie pobliskiego jeziorka. Może to i nie był zły pomysł

Wreszcie - meta. I co najważniejsze - WODA. Pędzę więc do wodopoju, ale... i tym razem się nie napiję. Kubeczki się skończyły!!!
Na szczęście makaron jeszcze był, a i woda w szkolnym kranie okazała się cudowną

Zapewne ujęcie jest w pobliskim źródełku

Nie jestem stałym bywalcem maratonów, niemniej w kilku (Szklarska Poręba, Przemyśl - Mountain Bike Maraton, Skandia, Mazovia) zdarzało mi się startować i z taką CHAŁĄ jak w Białymstoku, jeszcze się nie spotkałem.
Niemniej z całą pewnością maratonykresowe mogę polecić każdemu, kto chce się trochę pokręcić po lesie, zachłysnąć spalinami quada, napić wody z jeziorka/kranu szkolnego kibla i podziwiając wodę mineralną w butelkach - zjeść rozgotowany makaron za jedyne 40 PLN.
Pozdrawiam